Wszyscy jesteśmy hipokrytami (ja też)

„Piekło to inni” Jean Paul Sartre

Hipokryzję władzy widać jak na dłoni. Ona jest od zawsze ale teraz jakoś szczególnie kłuje w oczy. Ilość piętrzących się absurdów wręcz przytłacza, a przez pandemię więcej z nas ma czas, żeby patrzeć na ten osobliwy spektakl. No i reagujemy, oceniamy, krytykujemy, wyśmiewamy.

Postępowanie rządzących nie jest jednak niczym szczególnym. Ich zachowanie jest jedynie skrajnym i najbardziej widocznym (bo pokazywanym publicznie) przejawem powszechnego i codziennego zjawiska – hipokryzji nas wszystkich. Ponieważ wszyscy jesteśmy dwulicowi, w większym lub mniejszym stopniu. I nie piszę o tym w kategoriach dobrego bądź złego zachowania. Nie wartościuję, po prostu stwierdzam fakt. Prawdy i autentyczności jest w nas stosunkowo mało. I nie może być inaczej, gdyż od dziecka przyzwyczajani jesteśmy do życia w świecie pozorów. Nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Bo nikt świadomie nie uczy nas bycia hipokrytą. To raczej efekt wbudowanego w naszą kulturę nakazowego modelu wychowawczego, który tłumi naturalną ekspresję, zakazując pewnych zachowań i nakazując inne. Przez to uczymy się blokować to co w nas prawdziwe i zmuszać do działań sprzecznych z naturalnymi odruchami. Jednym słowem, uczymy się udawać. A to nieodłączna część hipokryzji – pokazywanie na zewnątrz pewnych cech i chowanie innych, kierując się wyuczonym wzorcem, tego co dobre i złe.

Jako hipokryci bardzo lubimy krytykować i pouczać innych. Zgodnie z własnym kryterium oceny. Wiemy co jest właściwe a co nie. Nasz system wartości jest mocno ugruntowany. Został zbudowany przez wspomniany, nakazowy model wychowawczy. To taki nasz wewnętrzny sędzia, który decyduje co można a czego nie. Jest stałą częścią naszej osobowości. To on nakazuje nam udawać, ukrywać to co w nas prawdziwe i wymuszać to co powszechnie akceptowane. On też zajmuje się ocenianiem zachowania innych, według tego samego systemu wartości. Jego głos o nas jest jednocześnie głosem o innych. Tutaj nie ma różnicy. Z tego wynika bardzo ważna, jednak niewygodna dla wielu zasada, że to jak reagujemy na zachowania innych ludzi jest prawdą o nas samych a nie o tych, których oceniamy.

Powyższa zasada opiera się na mechanizmie zwanym projekcją, który oprócz udawania jest również ważnym elementem hipokryzji. Żeby zrozumieć specyfikę projekcji należy wiedzieć (dzięki odkryciu Zygmunta Freuda), że doświadczane przez nas emocje są wewnątrz-osobowe a nie między-osobowe. Oznacza to, że to co przeżywamy dzieje się w relacji między mną a mną a nie między mną a tobą. Jeśli więc coś mnie złości w twoim zachowaniu to dlatego, że przypomniałeś mi o mojej wypartej cesze, o której wolałbym nie pamiętać. Stąd, jeśli irytuje mnie to, że nie słuchasz moich racji, to znaczy, że faktycznie złoszczę się na siebie, za to, że sam zamykam się na głos drugiego człowieka. Świadomie nie chcę się jednak do tego przyznać, zwłaszcza przed samym sobą. Tę „wadę” wolę widzieć w tobie. Jesteś dla mnie lustrem, pokazującym mi moją wypartą część, tzw. cień. Ten cień wyprojektowałem na ciebie, gdyż zobaczenie go w sobie jest niewygodne. Burzy dobre mniemanie o sobie.

W świecie psychologii mechanizm projekcji jest powszechnie uznawany. W życiu codziennym już nie. I nie ma się co dziwić. Przede wszystkim narusza to ugruntowany w nas system wartości, oparty na podziale – na dobro i zło, na tych co mają rację i tych co błądzą, na tych co są winni i tych co pokrzywdzeni, itd. Ten podział nigdy się nie kończy. Stąd uznanie projekcji, prowadziłoby więc do konkluzji, że będąc w konflikcie z kimkolwiek nie ma na kogo zwalić winy, nie ma się na kogo złościć, gdyż obiektem naszych trudnych emocji jesteśmy de facto my sami. To niewyobrażalne i dla wielu kompletnie abstrakcyjne. Podważa bowiem fundament, w oparciu o który nauczono nas postrzegać świat. Uderza w głęboką potrzebę posiadania racji, złoszczenia się na kogoś, chęć odwetu na kimś, czy w inne reakcje oparte na konfrontacyjnym założeniu, że rzeczywistość to relacja „ja” versus „inni”. I że w tej relacji zawsze ktoś musi być dobry i zły, wygrany czy przegrany, itd.

Z tego wnioski są następujące. Gdy krytycznie reagujesz na zachowania polityków (i nie tylko), ich słowa i czyny to wiedz, że twoja reakcja jest informacją o tobie. O tym, że we wspomnianym zachowaniu rozpoznałeś swój cień. Stąd twój emocjonalny odzew. On dotyczy ciebie, i twoich cech, których nie chcesz w sobie zobaczyć. Wolisz je widzieć w krytykowanej osobie. Gdy obrusza cię więc, że politycy kłamią, to znaczy, że masz podobny „problem”. Też zdarza ci się nie mówić prawdy, albo co najmniej ją ukrywać, i nie lubisz tego w sobie. Jednak nie mówisz o tym otwarcie, chowasz to. Wręcz nie jesteś tego świadomy. Twoja niechęć zasilana jest surową oceną wewnętrznego sędziego, którego bardzo się boisz. Dlatego, można powiedzieć, że ukrywasz przed nim (czyli przed samym sobą) to co według przyswojonego przez ciebie systemu wartości jest złe. W efekcie, mówiąc obrazowo, przekierowujesz jego uwagę na to co dzieje się na zewnątrz. Na zachowania ludzi, które uznajesz za niewłaściwe, mówiąc jednocześnie do niego „zobacz! to oni są źli, ja jestem ok”.

To właśnie jest hipokryzja. O jej skali decyduje surowość naszego wewnętrznego sędziego. Im bardziej jest srogi tym większą mamy potrzebę aby kierować jego uwagę na świat zewnętrzny, głośno to manifestując. Mamy wtedy subiektywne poczucie, cytując klasyka, że „piekło to inni”. Jednak to tylko iluzja.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.