Martwienie się, rzekomy wyraz pozytywnych uczuć

Nieustannie słyszymy, że ktoś się o nas martwi. Rodzice, małżonek, bliscy. Martwienie się urosło do rangi cnoty, jest rzekomym wyrazem pozytywnego zaangażowania. Ma być manifestacją uwagi, uczucia i troski wobec bliskich. W rzeczywistości martwienie się jest bardziej przejawem zamaskowanej bezradności i lęków wobec życia i własnych emocji a nawet wyrazem ukrytej złości. A im bardziej to wszystko jest skrywane tym bardziej martwienie się może być toksyczne dla otoczenia.

Żeby się o tym przekonać, wystarczy zapytać o odczucia osobę, o którą się martwimy. Obowiązuje tutaj bowiem prosta prawidłowość, im większe maskowanie emocji, o których mowa wyżej, tym większy dyskomfort u osoby, której dotyczy martwienie się. Stąd ma ona zwykle irracjonalne wyrzuty sumienia oraz odruch, że musi coś zrobić, żeby tylko nie być powodem do niepokoju. Martwienie się jest dla niej obciążające. Jest efektem nadmiernego skupienia uwagi na obiekcie zmartwień i towarzyszącej temu zależności emocjonalnej od drugiej osoby. Od jej zachowania, stanu, od jej emocji.

Nadmierna koncentracja na cudzych sprawach jest obciążająca dla obu stron, również dla tego kto to robi. Bowiem zbytnie zajmowanie się czyimś życiem jest wyczerpujące, zwłaszcza gdy dzieje się coś nie po naszej myśli. W związku z tym martwiący się ma potrzebę jakoś sobie w tym ulżyć. I robi to właśnie poprzez wyrażanie zmartwienia. Dzięki temu próbuje przerzucić swoje lęki na obiekt zmartwień. Ma przez to iluzoryczne poczucie, że jego niepokój dotyczy kogoś innego (np. czyjejś choroby). W rzeczywistości jednak lęk jaki przeżywa dotyczy jego samego. On nieświadomie boi się o siebie, o to czy poradzi sobie emocjonalnie z tym co dzieje się z osobą, o którą się martwi. Ten niepokój projektuje jednak na zewnątrz, właśnie na tę osobę, gdyż postrzega ją jako źródło swoich obaw. Martwiący się robi coś jeszcze, oprócz projektowania wspomnianych lęków, przerzuca również odpowiedzialność za ich powstanie na drugą osobę. Jakby chciał powiedzieć „przez ciebie jest mi źle i muszę się martwić”. Stąd bierze się to poczucie dyskomfortu u drugiej osoby, oraz przymus zrobienia czegoś, żeby tylko nie być dla kogoś powodem do strapień.

Wspomniana projekcja i przerzucanie odpowiedzialności bierze się z tego, że martwiący się raz, że nie radzi sobie z własnymi emocjami i dwa, nie potrafi wziąć odpowiedzialności za to co czuje. Dlatego, łatwiej mu widzieć źródło swoich problemów w kimś innym. W ten sposób skupia się na zewnętrznej przyczynie, i odwraca uwagę od własnego pomieszania, od emocji, które są trudne do przyjęcia. Od lęku przed życiem, od poczucia bezradności i bezsilności.

Oprócz tego, martwiący się ma budujące przekonanie, że robi coś dobrego, że jego niepokój jest wyrazem miłości, troski czy opiekuńczości. Bo brak niepokoju o drugą osobę wydaje się być oznaką beztroski i egoizmu, czy też nieodpowiedzialnego i naiwnego zaufania, że wszystko będzie ok.

Martwienie się to również ukryta potrzeba kontrolowania i wywierania presji. Gdy nie mamy nad kimś/czymś kontroli wówczas wywołuje to nasz niepokój, że może stać się coś czego nie chcemy. To częste w relacji między bliskimi osobami – rodzicami i dziećmi czy małżonkami. Wówczas poprzez martwienie się próbujemy wpłynąć na czyjeś zachowanie („martwię się o ciebie, bo się z nim spotykasz”). I często się to udaje, gdyż adresat tego przekazu mając poczucie winy zwykle ulega, ma przekonanie, że musi spełnić cudze oczekiwania, żeby nie sprawiać przykrości. To co się dzieje jest efektem tzw. szantażu emocjonalnego. Dobrze to znamy z dzieciństwa, klasycznym jego przykładem są zdania typu „zjedz zupę, bo mamusi będzie przykro” lub „ucz się dobrze bo się martwię”. To powszechny w naszej kulturze, bardzo skuteczny sposób wywierania presji. Jego potężnym narzędziem jest wywoływanie w drugiej osobie poczucia winy. Na tej, swego rodzaju „dźwigni” opiera się często mechanizm martwienia się.

Zwrot „martwić się” wywodzi się od „czynić martwym”, „uśmiercać”. Ciekawe, że źródłosłów tego określenia odwołuje się do zjawiska śmierci a nie życia. To wymowne, w kontekście ww. rozważań.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.