Biegnij po swojemu

Używając metafory jesteśmy biegaczami – w życiu, które przypomina długi, wieloetapowy bieg. Co istotne, biegniemy bezwolnie, pod wpływem nieświadomej presji, gdyż wmówiono nam, że bieg to jedyny sposób na życie – w wytyczonym kierunku i zgodnie z narzuconymi zasadami. Bo bieg po swojemu nie jest popularny.

Zaczynamy od etapu „edukacja”. Najpierw biegniemy w szkole a potem na studiach – po niezbędną do życia wiedzę, potwierdzoną świadectwami i dyplomami. Zgodnie z powszechnym przekonaniem, im więcej wiedzy zdobędziemy tym lepiej poradzimy sobie w następnym etapie. Poza tym, nie można kontynuować biegu na kolejnym odcinku bez zaliczenia pierwszego. Takie są zasady. To zresztą dla twojego dobra, gdyż ogólnie wiadomo, że jeśli chcesz wieść dobre życie musisz być najpierw odpowiednio wyedukowany. Inne myślenie to naiwność.

Drugi ważny etap to „dorosłość”. Tu też biegniemy w wytyczonym kierunku – tym razem za dobrą pracą, rodziną, stabilizacją finansową, itp. O tym jak biec i gdzie, zostaliśmy nauczeni na etapie edukacyjnym.

Ten cały bieg jest dość uciążliwy. Często chcemy zrezygnować już na początku, zmęczeni przymusową edukacją. Jest to jednak niewykonalne – najpierw pilnują nas dorośli, przekonani, że edukacja to najlepszy sposób na życie. Później biegniemy już z przyzwyczajenia i z przekonaniem, że nie ma innej opcji – przecież wszyscy biegną. Poza tym, przed każdym biegiem motywują nas czekające nagrody, typowe dla danego etapu. Na odcinku edukacyjnym są to m. in. dobre oceny, świadectwa z paskiem i uznanie rodziców. Później w dorosłości, typowymi nagrodami są pieniądze, ładne mieszkanie, czy dobry samochód, itp. I do tego oczywiście powszechne uznanie. A największą motywację daje nam obietnica zbliżającego się finału, na którym czeka nas wielka nagroda, tzw. szczęście. Nic więc dziwnego, że pomimo uciążliwości myślimy, że warto biec i zmierzać do wielkiego finału.

Z czasem okazuje się, że radość z otrzymanych nagród szybko mija i nie równoważy trudów biegu. Na dodatek, wychodzi na jaw, że ten bieg się nigdy nie kończy, a my nie możemy dobiec do finału. Wielka nagroda się ciągle oddala. Pojawia się więc frustracja a potem gorzkie olśnienie: chyba ktoś nas zrobił w konia.

Zaczynamy myśleć. Czy to wszystko ma sens? Czy ten bieg to jedyny sposób na życie? Czy odpowiada mi to tempo, kierunek? A może ja nie chcę biec, może ja chcę czasem sobie postać, posiedzieć lub pospacerować?

I pojawia się dylemat – co dalej? Biec nadal w tym samym kierunku? A może dokonać zmiany?

Decyzja o zmianie nie jest prosta, gdyż jedyne co potrafimy robić to biec, i to zgodnie z narzuconymi zasadami. Żyjemy też z przekonaniem, że obrany wcześniej kierunek jest jedynie słuszny. Stąd mamy kłopot z wyborem nowej drogi. Poza tym pozostali biegacze bynajmniej nas nie zachęcają do zmian. Raczej próbują nam wytłumaczyć, że to co odkryliśmy to bzdura, że nie ma życia poza dotychczasowym biegiem. Tak przecież robią wszyscy.

Nie piszę o tym, żeby udowadniać, że bieganie jest złe. Nie krytykuję też zdobywania nagród. Nie o to tu chodzi. Ważne jest dla mnie jak się to robi. Czy jest to bezwolne, przymusowe działanie czy też świadome z wolnością wyboru. Dlatego bieg ma dla mnie sens, gdy wiem co robię i gdy mogę decydować. Wtedy też bieganie może być dla mnie źródłem przyjemności tak samo jak zdobywanie nagród. W tym też tej wielkiej nagrody.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.